|
NIE
MÓWIĘ ABER, CZYLI SKĄD TO SIĘ WŁAŚCIWIE WZIĘŁO?
W dość szczelnym kręgu naszej grupy zdarza nam się, jak chyba każdej
podobnej
formacji, posługiwać pewnym slangiem, który w naszym przypadku przybiera
formę maniakalnego
używania określeń, które, mają swoją historię. Ba, więcej powiem, one same
bywają
historiami. Można to prawie porównać z językiem Githzerthai (kto nie wie,
co to takiego,
polecam świetną lekturę pt. Planescape: Udręka). Dobry przykładem jest
chociażby Klecza
Dupna, o której jednak pisałem kiedy indziej. Dziś zajmiemy się innym,
nieco świeższym
"słowem-historią". Mianowicie chodzi o wyrażenie "nie mówię Aber".
Cofnijmy się nieco w czasie. Nie, nie do Sylwestra, dalej. Nie, do wakacji
też nie.
Myślę o końcówce Maja 2004, o pamiętnym, najdłuższym zresztą, wyjeździe do
na festiwal
Baltic-Satelid (balticsalited) w Sejnach. Tam bowiem, będąc pod
natchnieniem kabaretu "Ani
mru mru", ale chcąc wprowadzić do legendarnego już "ale, ale, ale" jakiś
międzynarodowy
akcent, zacząłem mówić dźwięczne "Aber, aber", jak napisał Story,
zapożyczone z mowy
Niemców. Jako że brzmiało to dość dobrze i spodobało się kilku osobom z
grupy, zaczęliśmy
używać tego nagminnie. Kiedyś nawet, gdy "zaaberowaliśmy" przy znajomych z
Kłajpedy,
przypomnieli nam o pewnej rozmowie, przy której stwierdziliśmy, że
nieładnie będzie
rozmawiać w po polsku przy Litwinach (i po litewsku przy Polakach),
podczas, gdy toczyliśmy
rozmowy po angielsku. To tyle o Wyjeździe do Sejn.
Teraz przewińmy trochę taśmę, mianowicie do wakacji 2004. Początek
wakacji, piękna
pogoda i towarzyszący entuzjazm z powodu nadchodzących warsztatów w
Vaidotai. Podczas
jednego z naszych spotkań (osobiście, niestety prób w wakacje nie było...)
Story, planując
wraz ze mną nasze poczynania w obcych landach (plan ABC, kto rozumie, ten
mądry), popełnił
bardzo brzemienną w skutki pomyłkę. Dokładniej, zamyślił sobie, że powie
"Aber aber, nie
mówię nigdy", zaś gdy przyszło wypowiedzieć tę myśl na głos, wykrztusił
tylko "nie mówię
aber" po czym obaj zaczęliśmy się śmiać. Mała rzecz, a cieszy, niby nie
jest to nic
wielkiego, a szczegół, ale należy pamiętać, że życie składa się ze
szczegółów, jeśli ich nie
doceniać, straci cały urok.
Jako, że owo zmienione przez zwykłą pomyłkę w mowie zdanie bardzo nam się
spodobało,
również zaczęliśmy używać go nagminnie, do tego stopnia, że wyparło
starsze nieco "aber,
aber". Tak oto niemieckie "ale" urosło w naszym slangu do rangi
monumentalnego słowa "nigdy"
(kto twierdzi, że to tylko słowo, niech posłucha sobie kawałka
Stratovarius - Infinity z
płytki Infinite i poczeka do refrenu. Gwarantuję, że wtedy dostrzeżecie
potęgę kryjącą się
w słowach odnoszących się do "wszystkości" i wieczności).
Pewną mutację to niemal "stare, dobre" powiedzonko "nie mówię Aber"
przeszło
niedługo przed końcem roku 2004, podczas naszych niezbyt wesołych rozważań
o śmierci.
Powiedziałem wtedy dość głupie pod względem merytorycznym zdanie "nie chcę
hucznych
pogrzebów, wystarczy, że pochowają mnie pod lasem i podstawią tabliczkę
<<Tu spoczywa mój
szwagier amen>>". Story jednak, popisując się tym razem nie
przejęzyczeniem, a słuchem,
zadeklamował "Tu spoczywa mój szwagier Aber", co stało się powodem do
kolejnych godzin
radości.
I to tyle, tak oto teraz związek frazeologiczny "Nie mówię Aber" wciąż
robi karierę,
na razie jedynie w Łomży, ale jest bardzo chwytliwy, kto wie, jak się
sprawa rozwinie. Nie
należy jednak zapominać, że pochodzi od nas, co dowodzi, że nie ma na
świecie nic lepszego,
niż teatr. Quod erat demonstrantum. na koniec tylko jeszcze jeden cytat:
"Quidquid latine dictum sit, altum videtur". Dobrej nocy i dobranoc
Thorgee Orle Serce & Story
|